Katalog zdjęć

Azja 2008
Droga do Leh - 20.06.2008
There are no translations available.

 

Indie-00281Indie-00285Jesteśmy teraz w nowym miejscu w miejscowości Leh. Internet jest tu drogi wiec nie napisze za wiele, pozwolę sobie opuścić kilka dni ;)
Nowy dzień, nowe miejsce. Jesteśmy w Leh. Przybyliśmy tu wczorajszą nocą, wiec nie wiele zobaczyliśmy. Dziś rano gdy poszedłem na targ po świeże owoce na śniadanie, dopiero dostrzegłem królujący nad miastem pałac na pobliskiej górze, która wyrasta nad miastem. Choć pałac jest opuszczony to robi wrażenie. Dziś jednak na tą górę nie będziemy się wdrapywać, trzeba odpocząć po bardzo, a to bardzo męczącej podróży. Przejechaliśmy 400 km w dwa dni. Cała droga prowadziła przez góry i w zdecydowanej większości przez błoto i dziury. Przez to prędkość nasza średnio wynosiła około 18 km/h.

Indie-00295Indie-00303Wyruszyliśmy z Manali i od razu zaczęliśmy piąć się w górę serpentyną drogi. Zmiana wysokości od razu dawała się odczuć poprzez zatykające się uszy. Choć pierwszego dnia przejechaliśmy przez przełęcz powyżej 4 tys metrów to choroba górska nas nie dopadła. Po tej stronie gór dominowała zieleń. Tu jeszcze docierał monsun i opady deszczu rozbijały się o tą stronę Himalajów. Gdy przekroczyliśmy drugą przełęcz już powyżej 5 tys. metrów (na drugi dzień) krajobraz stał się iście księżycowy. Zero roślinności, wszędobylski pył wdzierający się wszelkimi możliwymi otworami do wnętrza autobusu. Duszący i zapychający nos. Wszyscy charczą i spluwają. Gdy jest słońce to w autobusie jest upał, ale nie da się otworzyć okien bo pył uniemożliwi i tak już trudne oddychanie.

Indie-00319Indie-00331Pierwszy odcinek z Manali do Keylong pokonaliśmy w 7 godzin. Bardzo długo nieraz musieliśmy oczekiwać na ciężarówkę czy samochód które zablokowały drogę by móc przejechać. Tworzył się wtedy gigantyczny korek, a na tych górskich bardzo wąskich ścieżkach powodowało to niebezpieczne sytuacje. Co rusz mijaliśmy jakiś wrak samochodu czy ciężarówki która spadła z drogi. Po tej stronie gór dominowało błoto. Ta droga jest przeważnie otwierana dopiero pod koniec czerwca bądź na początku lipca. W tym roku trafiliśmy że otworzono ją wcześniej. Jednak jak nie trudno się domyślić warunki na drodze teraz, zaraz po zimie są fatalne. Droga często jest rozmyta, bądź zasypana przez osuniętą ziemie lub skały. Duże wyrwy i dziury w drogach, które wymyła woda z topniejącego śniegu. Co rusz przejeżdżaliśmy strumień, bądź rzekę która przecinała drogę.

Indie-00354Pierwszy odcinek w wysokich górach był bardzo błotnisty. Rozmięknięta ziemia osuwała się w dół zbocza. Korki które się utworzyły z powodu osunięcia się ziemi na drogę spowodowały że trzeba było się przeciskać skrajem drogi omijając stojące na poboczu drogi ciężarówki. Drogi jednak starczało dla jednej ciężarówki bądź autobusu. Mijanie przeważnie odbywało się w niektórych szerszych miejscach. Jednak w tej sytuacji gdy wzdłuż drogi były ustawione ciężarówki trzeba było przedzierać się na skraju urwiska wzdłuż nich. Niebezpieczny przechyl, błoto pod kolami, które ściągało w dol, centymetry dzielące miedzy mijanymi ciężarówkami a przepaścią. W pewnym momencie osunęło nam się tylne kolo, tył autobusu zarzuciło, a wszyscy pasażerowie z przerażeniem wypatrywali miejsca gdzie zaraz runiemy. Kierowca jednak jakimś cudem zdołał wyjechać. Czekało nas jednak jeszcze kilkadziesiąt takich ciężarówek do wyminięcia. Noc spędziliśmy w Keylong, niewielkiej miejscowości. Postanowiliśmy wynająć jeden większy pokój w kilka osób by było taniej. Toteż zamieszkaliśmy ja, Lauren, pewna Francuzka (Sonia), Japończyk (Uke) i jeden z miejscowych. Poszliśmy na wspólną kolację, ja z Uke dodatkowo na pifko ;) Niesamowici ludzie, fajnie się nam razem siedziało w tą noc otoczeni górami.

Indie-00366Drugi dzień jazdy. Pobudka o 4 godzinie później wyjazd. Całą drogę od 5 do 22 w nocy prowadził jeden kierowca! Czasem mieliśmy 10-20 minutowe przerwy w obozach w górach. Można tam było zjeść i napić się herbaty.
Kierowca niezmordowanie piął się do góry zawijasami drogi. Gdy pasażerowie spali - on prowadził. Gdy padali ze zmęczenia - on jechał. Ja tylko patrzyłem kiedy zamkną mu się oczy i runiemy w dół. Jednak tak się nie stało. Jestem pełen podziwu dla tych kierowców. Tego dnia pokonaliśmy kilka wysokich przełęczy, niektóre powyzej 5 tys metrów. Większość osób dopadła choroba wysokościowa. Mnie dopadło na drugiej przełęczy tego dnia. Czułem się jak po dużej imprezie z mega kacem. Głowa boli, ruchy staja się nie do końca skoordynowane, a tu ciągle trzęsie w tym autobusie. Jedna osoba wymiotuje. Upał w środku, zimno na zewnątrz. Wszędobylski kurz zalepia nos. Świat za oknem wiruje i nie chce się zatrzymać. Kilometry tak wolno przepływają, a tu nie możesz od tego uciec. Już nawet przepięknych widoków nie chce się oglądać, a niebezpieczeństwo mijania, które tak niedawno jeszcze paraliżowało stało się zupełnie obojętne. W głowie kołatała się tylko jedna myśl - by się to wszystko już skończyło, by przestało wirować, boleć. Tu pojawia się kolejny znak - jeszcze 150 km do Leh, czyli przez ostatnią godzinę tak bardzo wyczerpującą, przejechaliśmy tylko 20 km.
Dawno tak się nie czułem, ze wszystkich możliwych stron tak totalnie zmęczony. Ale dziś jest już dobrze - noc przyniosła ulgę, a ranek dobry humor. ;)

 
Marihuanowa dolina - 15.06.2008
There are no translations available.

     
Indie-00249
Indie-00217Dotarliśmy do Manali. Bardzo fajne miejsce pomimo turystycznego charakteru. znaleźliśmy tani porządny pokój za trzy dni płacimy mniej niż za pierwszą noc w Daman.
Dygresyja :P
Właśnie obliczyłem że od momentu wylądowania w Indiach i po pokonaniu przeszło 2000 km spaniu w hotelach i dawaniu się naciągać różnym drobnym oszustom, wydałem tylko 129 zł. To wychodzi mniej więcej 6 $ na dzień. Zakładałem że trochę więcej będę wydawał, jestem pozytywnie zaskoczony ;-)
Tanie noclegi znaleźliśmy w położonej 7km od Manali miejscowości Vasist.
Mieszkamy sobie zatem w pokoiku na totalnym uboczu z dala od głównej, gwarnej ulicy. Aby tu się dostać trzeba przejść przez labirynt wąskich stromych uliczek wśród starych domów. Ten dom prowadzą młodzi chłopacy. Gdy już się rozlokowaliśmy w pokoju przyszedł jeden z nich i zaproponował papierosa - jednego. Hehe od razu skumałem czym tu pachnie ;)
Indie-00252Indie-00255Cala ta okolica słynie z nielegalnych upraw marihuany, to właśnie nam proponował i dlatego słychać zza ścian histeryczne śmiechy ludzi heheh ;-) Zabawna sytuacja. Główny szef tego miejsca to bardzo sympatyczny gościu, trochę z nim pogadaliśmy i pośmialiśmy ;)
Jednak jest też czarniejsza strona tego wszystkiego. od 1996 roku zginęło tu 17 turystów zagranicznych. Część przypadków to brutalne morderstwa inne to niewyjaśnione zniknięcia. Najprawdopodobniej turyści ci trafili w niewłaściwe miejsce, schodząc ze szlaku, trafiając na plantacje marihuany.
To pierwsze na prawdę ciche miejsce które znaleźliśmy w Indiach (pomimo głosu telewizora z dołu i śmiechów zza ścian. Jutro połazimy trochę po okolicy. Z dołu widzieliśmy już miejsca gdzie chcemy dojść - mam tylko nadzieje ze nie trafimy na żadną plantacje ;)
 
Mandi - 14.06.2008
There are no translations available.

Indie-00168

Dzisiejszy dzień był pełen kontrastów. Rodzina która nas gościła w domu zabrała nas na wycieczkę w góry, do ośrodka buddyjskiego.
Na wzgórzu królował duży posąg Buddy, poniżej znajdował się park utworzony dookoła jeziorka. Wokół jeziorka chodzili mnisi i pielgrzymi odmawiający mantry. W tym miejscu jest również utworzona szkoła/klasztor dla młodych mnichów, a także odnowiona świątynia buddyjska.
W tym miejscu wśród Tybetańczyków dopiero odnalazłem swoje miejsce. Przez te wszystkie dni w Indiach trafiałem na bardzo hałaśliwe miejsca, brudne i mało strawne dla mnie na dłuższą metę. Tu w ośrodku buddyjskim odnalazłem tak bardzo upragniony spokój. Siedziałem tak nad stawem obserwując mnichów i mniszki którzy dyskutowali miedzy sobą, bądź mantrowali.
Indie-00183Nie wiem co się stało, ale nie mogłem powstrzymać łez które napływały mi do oczu. Czułem się tam dobrze. Nikt mnie nie zaczepiał, mogłem spokojnie spacerować. Mijani Tybetańczycy uśmiechali się do mnie i witali słowem namas-te. Również budynki i cały teren w około były o wiele bardziej czyste i zadbane niż w innych “normalnych” dzielnicach hinduskich. To tylko wzmocniło moją ciekawość i chęć jak najszybszego dostania się do wiosek tybetańskich i świątyń w wysokich górach.
Kontrastem do tego spokoju tam panującego była rodzina która nas tam zabrała. Była strasznie głośna, nie wiem czemu, ale ich trasa prowadziła od sklepu do sklepu I od budki z jedzeniem do budki z jedzeniem – nie interesowało ich kompletnie to co dzieje się wokoło. Kupowali jedli, krzyczeli. Nie chciałem z nimi przebywać, ale przecież oni mnie tam zaprosili. Jednak w pewnych momentach nawet chciałem od nich uciec, gdy swoim zachowaniem zwracali wszystkich uwagę na siebie. Było mi wstyd.

Indie-00188Indie-00189W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w wykwintnej restauracji. Zostaliśmy zaproszeni na kolacje. Ceny tam były kosmiczne, ale nawet nie chcieli słyszeć że my będziemy płacić. Podczas kolacji zaczęły się bliższe rozmowy z całą rodziną. W tym miejscu jakoś bardziej się zbliżyliśmy do siebie – do tego miejsca bardziej oni pasowali. Dookoła siedzieli inni bardzo głośni ludzie. Nawet bariera językowa jakoś się zatraciła a nawet stworzyła możliwość do wspólnych śmiechów zwłaszcza podczas uczenia się wzajemnie naszych języków.
Po kolacji w nocy Amit i jej brat Saajan zabrali nas motorami na zwiedzanie nocne ich miejscowości. Niesamowite uczucie – jadąc sobie tak motorem przez wioskę, przepiękne widoki i niezła prędkość na tych górskich wąskich ścieżkach robiła swoje ;)

 
Droga na północ - 14.06.2008
There are no translations available.

 

Ruszyliśmy do Manali. Nie wiedziałem dlaczego 300 km drogi miało by nam zająć 11 godzin jazdy! Początkowe 80 km bardzo zwinnie nam poszło. Zaczęły się jednak pojawiać niewyraźne zarysy gór w oddali, jeszcze za mgłą. Mało czytelne.
Z minuty na minute jednak zbliżaliśmy się do nich (a może to one do nas ;) I jazda po upragnionych przeze mnie górach stała się faktem ;)
Dobrze zrobiliśmy wybierając pociąg na przejechanie tak długiego odcinka – aż do Kalki z zachodniego wybrzeża. To w miarę bezpieczny sposób podróżowania przez Indie. Autobusy to istne monstra! Potężna masywna maszyna, kopcąca i przeraźliwie głośna. Kierowca pędził na złamanie karku. Wyprzedzał na trzeciego, na zakrętach, gdy nie było widać czy coś nadjeżdża z naprzeciwka – a nawet jak coś nadjeżdżało a było mniejsze to przeraźliwie trąbiąc – gnał do przodu. Mniejszy musiał ratować się ucieczką na pobocze – nie ma zlituj się błahahaha! Tylko chyba na nas robiło to wrażenie bo wszyscy w około spali w najlepsze. Co chwilę mijaliśmy przewrócone ciężarówki i samochody po stłuczkach. Które blokowały drogę – chyba przed nami przejechał inny autobus! Kierowca tylko nieznacznie zwalniał by je ominąć. Na krętych górskich drogach, niczym nie zabezpieczonych od strony urwiska, które ciągnęło się kilka set metrów w dol, kierowca zachowywał się identycznie jak kiedy jechaliśmy jeszcze przez tereny nizinne. Tu dodatkowo dochodziły niezłe przewyższenia, które autobus musiał pokonywać nieraz nawet na drugim biegu. W takim ślimaczym tempie 20-30 km/h ścigaliśmy się pod góre próbując wyprzedzić co rusz jakąś ciężarówkę – kopcąc, warcząc, dymiąc – nie chcąc za wszelka cenę dać się pokonać. Jadąc łeb w łeb aż mnie czasem ściskało gdy patrzyłem na zakręt zza którego pewnie zaraz wyskoczy jakiś samochód. Przeważnie udawało się wyprzedzić w ostatniej chwili przed pojazdem który nadjeżdżał z naprzeciwka, ale często kończyło się to ostrym hamowaniem w połowie wyprzedzania i szybka ucieczka na drugi pas. Nawet po kilkugodzinnej takiej jedzie nie przyzwyczaiłem się do tego. Po jakimś czasie zmienił się kierowca – ten kilka razy nieomal nie doprowadził do wypadku – a powagi tej sytuacji nadało to ze wszyscy pasażerowie się zerwali na równe nogi.
Indie-00153Uratowała nas pewna dziewczyna, która nas zaczepiła w autobusie. Zapytała czy nie chcielibyśmy się u niej we wsi zatrzymać. Momentalnie się zdecydowaliśmy, gdy mieliśmy w perspektywie dalsza drogę z tym kierowca.
Wysiedliśmy w niesamowitej wiosce, położonej na stokach gór. Dołem przepływała bardzo malownicza rzeka, która wieczorem zasnuta była mgłą. Bardzo fajna wioska – najfajniejsza jak dotąd w której byliśmy. Bardzo mnie ucieszyło że tu trafiłem i że będę mógł tu zostać ;)
Dziewczyna o imieniu Amit zaprosiła nas do siebie. Przedstawiła nas swojej całej rodzinie i oprowadziła nocą po swojej wiosce, w tym również pokazała nam tłumnie odwiedzaną świątynie.
Ona, cala jej rodzina i większość ludzi żyjących w tej wiosce to sithowie. Jak nam później tłumaczyła – Sikhism wywodzi się z ruchów protestacyjnych wobec systemu kast i zdominowania przez braminów wszelkich obrzędów. Jest to tak jakby próba połączenia tego co najlepsze w hinduizmie i islamie.
Sikhowie mają tylko jednego boga – nie wyznają żadnych pomniejszych bożków. Z hinduizmu przeszła wiara w samsarę i karma, oraz to ze jedynie odrodzenie w postaci ludzkiej daje szanse na zbawienie.
Indie-00161Sikhowie bardzo przestrzegają surowego kodeksu moralnego. Nie używają alkoholu, tytoniu ani środków odurzających. Muszą prowadzić prawe życie. Daje się zauważyć kilka charakterystycznych znaków po których można poznać Sithów (wcześniej widziałem takich ludzi ale nie wiedziałem o co chodzi). Po pierwsze długie włosy i broda, grzebień, luźne spodenki, szabla lub miecz – choć tu zauważyłem że przeważnie przy pasku noszą krotki stylizowany nóż. Tylko raz widziałem starszego sitha który nosił prawdziwy miecz – wyglądał bardzo dostojnie. Dodatkowo na nadgarstku noszą stalową branzoletę oznaczającą siłę.
W świątyni której byliśmy był maszt na którym powiewała trójkątna flaga z symbolami sikhijskimi. Przed wejściem do świątyni musieliśmy zdjąć buty, obmyć stopy założyć chusty na głowę. W środku przechowywane są relikwie ich guru. Instrument na którym grał i stara strzelba.
Mgła nad rzeką w dolinie i światła w domach na zboczach gór tworzą przepiękną atmosferę. Jakoś wśród sikhow czułem się bardziej pewnie niż w innych wioskach. Widać w tych ludziach pewna dobroć.

 
Kierunek Himalaje - 13.06.2008
There are no translations available.

 

Trzy dni w pociągach, autobusach, taksówkach i wszelkiego rodzaju rikszach. Potwierdzają się moje wcześniejsze obserwacje – wszystko tu toczy się w zupełnie innym czasie, aby nie zwariować należy się po prostu do tego przyzwyczaić. Podróż pociągiem miała trwać 26 godzin – a trwała 35! Heh siedziałem już chyba w każdej możliwej pozycji – mam zakwasy na tyłku od siedzenia – to możliwe??? ;-) Pociąg to wspaniały sposób by zobaczyć kawałek Indii – od drugiej strony, za wyjątkowo małe pieniądze. Odległość około 1500 km pokonaliśmy za około 440 rupii (około 17 zł) na osobę. Dla porównania cena taksówki w Mumbaju, by przejechać około połowy miasta – równa się połowie tej ceny. Oczywiście jest wiele klas pociągów w Indiach – od klimatyzowanych super ekspresów po kilka klas osobowych. My wybraliśmy klasę sleeper – chyba najlepszą klasę by poznać ludzi. Jedzie się w wagonie z otwartymi przedziałami – tylko ze ściankami przedziałowymi. Są miejsca leżące – górne prycze i miejsca siedzące na dole – które w razie potrzeby również można przerobić na siedzące. W oknach są kraty, jedzie się przy otwartych szybach – bo inaczej idzie się upiec w środku, zwłaszcza gdy pociąg się zatrzymuje – momentalnie pot oblewa ciało.
Indie-00133Kurz zza okien przylepia się do spoconego ciała. Po dwóch dniach w pociągu – lepiłem się do wszystkiego. Czarne smugi pozostawiały moje palce na twarzy gdy przecierałem pot. Tyle godzin w pociągu w takim upale w Polsce bym pewnie nie zniósł – ale tu w Indiach jest tyle nowych rzeczy za oknem pociągu i w środku, że godziny mijały nadzwyczaj szybko. No może poza ostatnimi 5 godzinami gdy maszynista robił coraz dłuższe przerwy na stacjach, a mnie dopadł skurcz lewego pośladka ;-/
Wylądowaliśmy w Kalce w środku nocy – małej miejscowości za Chandrigarem. Stąd mieliśmy ruszyć następnego ranka do Manali autobusem. Poznani ludzie w pociągu dali nam namiary na najbliższy hotel, w kierunku którego ruszyliśmy niezwłocznie wyczerpani i brudni po podróży pociągiem.
Trafiliśmy akuratnie na jakiś zanik prądu, bo prawie nigdzie nie było światła. Tylko przy nielicznych budynkach pracowały małe generatory prądu dając niewiele światła dookoła. Środek nocy, my z bagażami przedzieramy się przez wąskie uliczki, co jakiś czas coś przejeżdża. Światła pojazdów, oświetlają jakieś postacie snujące się na poboczach. Ktoś coś mówi do nas z ciemnych kątów, co jakiś czas rozlega się jakiś hałas, czy szept niewidocznych postaci – niesamowity klimat to wszytko tworzyło. Szukaliśmy hotelu, ale trafiliśmy na same pozajmowane, gdzie nie chcieli nam nic wynająć. Pomógł nam rikszarz – jak zwykle za “drobną” opłatą. Woził nas po wszystkich znanych mu hotelach I miejscach i wszczynał raban o pierwszej w nocy aby obudzić właścicieli by otworzyli nam drzwi. Udało nam się trafić do fajnego miejsca, bardzo miły właściciel za rozsądną cenę dał nam pokój i pogadał z nami trochę. Po prysznicu – od razu spanie.

 
<< Start < Prev 1 2 3 Next > End >>

Page 1 of 3